Moja wesoła edukacja w szkole średniej
dobiegła przedwczoraj oczekiwanego końca. Jak większość świeżo
upieczonych absolwentów mogę się wachlować świadectwem i – jak
zdecydowana mniejszość Humanów – szczycić się czwórką
(zasłużoną!) z matematyki. Ale to nie oznacza jeszcze końca nauki
– chodzą słuchy, że maturzysta potrafi nauczyć się na egzamin
w ostatnim tygodniu, więc promyk nadziei zawsze przy mnie jest ;)
Bez matury wszakże na zmywak nie biorą, więc trzeba się wziąć
do roboty. A kiedy egzotyczne funkcje kwadratowe zostają w końcu
ujarzmione, pojawia się drugi problem – znajomość lektur. No
właśnie – czy ktokolwiek teraz czyta szkolne czytadła i odróżnia
Justynę Orzelską od Joasi Podborskiej? Repertuar lektur w liceum
według większości nie wygląda zachęcająco, a sprawę pogarsza
fakt, iż książka jako lektura, to książka z góry skreślona
przez ławkowego leniwca. I tak, rok po roku rzesze kolejnych
roczników powielają gombrowiczowską „gębę”, czyli „Słowacki
wielkim poetą był” w każdym wypracowaniu z romantyzmu. Należę
jednak do tych wyjątków, które sięgnęły po większość dzieł
z listy licealnego 'must-read' i przeczytały więcej, niż tylko
stronę tytułową. Pokrótce przedstawię te najciekawsze i warte
przeczytania pozycje – dla rozszerzeniowców to pozycje
obowiązkowe, dla reszty – wartościowe ciekawostki literackie. Być
może o tych pozycjach młodsze roczniki już nigdy nie usłyszą –
po najnowszej reformie obcinającej godziny historykom i
wprowadzającej tylko fragmenty lektur edukacja zacznie być k p i n
ą...
- Giaur Lorda Byrona – jest romans, jest ten trzeci, jest zbrodnia – jest i bohater romantyczny. Z całej plejady Werterów i Wallenrodów, to właśnie nieustępliwość, upór a zarazem wrażliwość i honor Giaura przypadł mi do gustu. Jego charakter został opisany najlepiej – jest niejednoznaczny, owiany tajemnicą, napiętnowany występkiem; jego charakter ukształtowała przeszłość i w odróżnieniu od ciapciaka Wertera potrafi wziąć się w garść i udać się w samotniczą wędrówkę ze swoim czarnym koniem. Chociaż rumaka nie posiadam i na sumieniu nie mam wielkich zbrodni, mogę się niejako utożsamić z indywidualistą Giaurem. Poza tym ta powieść poetycka została bardzo umiejętnie przetłumaczona przez Mickiewicza, więc to lektura bardzo przyjemna.
- Zbrodnia i kara – Dostojewski zafundował czytelnikowi zgrabną trepanację umysłu zbrodniarza Raskolnikowa i jego drogę do odkupienia. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla rosyjskiej literatury, tego mistrzowskiego opisywania natury ludzkiej i wszelkich związanych z tym zawiłości. Dzieło Dostojewskiego utwierdziło mnie w przekonaniu, iż filologia rosyjska to jednak wcale niegłupi pomysł na przyszłość. To moja ulubiona „cegła” zaraz po rewelacyjnym podręczniku relacji damsko-męskich – Annie Kareninie Lwa Tołstoja (uwaga, dziewczyny! Przeczytać koniecznie!).
- Granica - zdaje się, że to Żeromski napisał kiedyś, że jakakolwiek gospodyni domowa mogłaby napisać lepszą powieść od Nałkowskiej. Facet, który napisał książki tak logiczne w formie, jak obliczenia ucznia poprawiającego matematykę w sierpniu chyba nie mógł się przecież mylić. Faktycznie, historia robienia dwóch kobiet w konia przez jednego idiotę jest napisana trochę chaotycznie, ale to właśnie w treści zawiera się wartość. Ta powieść psychologiczna daje okazję do poznania anatomii romansu i działania trójkąta miłosnego. Po przeczytaniu „Granicy” zdałam sobie sprawę, iż Zenonów Ziembiewiczów jest jak psów i teraz naprawdę trudno znaleźć jakiś męski diament pośród gnid. Warto przeczytać. Ku przestrodze.
- Cudzoziemka Marii Kuncewiczowej – kolejna książka penetrująca umysł bohatera – tym razem jest to zgorzkniała Róża Żabczyńska, której do dzisiaj nie potrafię jednoznacznie ocenić. I znów pojawia się niespełniona miłość i nieuleczone rany – ach, ci mężczyźni... Żabczyńska zawiera wszystko to, co w kobiecie najgorsze, czyli jędzowatość, szorstkość, wredność z domieszką emocjonalnego bólu. Jest wszystkim tym, kim można zostać, jeżeli nie wytrzyma się próby charakteru i rozpadu połowicznego serca. Mieć dla niej współczucie, czy nie mieć – oto jest pytanie...
- Inny świat – po Herlinga-Grudzińskiego sięgnęłam kilka lat temu, jeszcze w czasach gimnazjum. Jeżeli ktoś wątpi w ostrość opisów katorżniczej pracy, to swąd podpalanej ręki Kostylewa czuję do dziś. Łagry wrzynają się w pamięć – osobiście ta lektura poruszyła mnie o wiele bardziej niż zdziwaczałe opowiadania Borowskiego. Może ze względu lżejszej formy, może ze względu na człowieczeństwo „pomimo”... Mocna rzecz.
Więcej grzechów nie pamiętam, za
resztę – serdecznie żałuję. Ale amen dopiero po maturze ;)
Maturzyści! Niech Wam klucz łaskawym będzie!

0 komentarze:
Prześlij komentarz