![]() |
| Zabiłem moją matkę (J'ai tue ma mere) 2009 moja ocena: 5/10 |
Je n’ai pas compris – z francuskiego: nie rozumiem. Tak krótko mogę skwitować film Xaviera Dolana – a raczej same refleksje na temat echa, jakie pozostawił ten film. Bo nie jest to film zły. Biorąc pod lupę główną grupę odbiorców – młodych, oryginalnych, zbuntowanych, zafascynowanych kinem niezależnym i będących „tak bardzo vintage” (nie chcę używać słowa hipster – stało się ostatnio zbyt mainstreamowe...) – i czytając ich pochlebne wypowiedzi nie mogę uwierzyć, jak wiele osób przegląda się w tym filmie, jak w lustrze. Czy naprawdę żyjemy w sieci toksycznych związków? A może lubimy patrzeć na apoteozę niezrozumiałych emocji i uczuć (przypomina mi to „rozwolnienie egzaltacji romantycznej” u pisarza Alfreda de Musseta, który nawet pojawił się w rękach głównego bohatera)?
Fabuła jest prosta: szesnastoletni Hubert (Xavier Dolan we własnej osobie) mieszka z samotnie wychowującą go matką Chantale, a z ojcem spotyka się raz na przysłowiowy ruski rok. Ma chłopaka Antonina (w tej roli obiecujący François Arnaud), z którym rozwija swoje talenty artystyczne w nurcie sztuki nowoczesnej. I tu w zasadzie kończy się cała treść i zaczyna wspomniana już wcześniej apoteoza spięć na linii syn-matka. Obraz psychologiczny Huberta zamyka się w określeniach: narcystyczny, zagubiony, ambiwalentny w swoich uczuciach wobec matki. Chantale prowokuje Huberta swoim nieudolnym dążeniem do stworzenia pozorów więzi z synem, również jest wybuchowa, tak bardzo żałosna w postawie w momencie wygranej, czyli wyrzuceniu chłopaka z samochodu czy doprowadzenia go do wrzasku. Kobieta usiłuje naprostować go za pomocą szkoły z internatem. Problem wydaje się być jaskrawo narysowany, szczególnie biorąc pod uwagę fakt autotematyzmu reżysera, który odwzorował swoje własne relacje z matką. Przez około półtorej godziny mamy teatr neurozy przetykany wyznaniami Huberta na temat Chantale, które w końcu poznaje oglądając jego nagrania. Dopiero w kulminacyjnym momencie dochodzi do tytułowego „morderstwa”. I tu pojawia się pytanie: dlaczego nie można ustąpić z podestu własnego egotyzmu i w końcu usłyszeć niemy krzyk wołającego o miłość syna? Dlaczego trzeba wyładowywać własne niepowodzenia dolewając do związków międzyludzkich tyle kwasu? I dlaczego potrzeba aż całego pełnego metrażu, by ukazać nie historię i puentę, tylko błądzenie i manifest narcyza? Po co?
Kwestie techniczne zasługują jednak na moje uznanie – dobre zdjęcia, ciekawe przejścia między scenami. Bardzo oryginalnie, w guście „nowego oryginalnego młodego pokolenia” (wiadomo o jakie określenie chodzi). Aktorstwo również jest bez zarzutu – do gustu przypadł mi Arnaud, ale to może tylko dlatego, że rewelacyjnie poradził sobie w roli Cesarego Borgii, który to serial obejrzałam dużo wcześniej. I Nicholas Savard-L'Herbier zasługuje na uznanie za jego nienachalne tło muzyczne.
Podsumowując – to nie jest tak, że nie zrozumiałam tego filmu. Nie żałuję jednak, że nie odnalazłam przesłania „Zabiłem moją matkę”, obawiam się nawet, że takowego ten film nawet nie posiada. Obraz może i jest prawdziwy, ale wydaje mi się, że to tylko dla osób, które mają nieszczęście żyć lub widzieć takie toksyczne relacje na co dzień. A atrakcyjny dla osób, zaskakująco wielu osób, które lubią mętlik emocjonalny na ekranie oraz bohaterów kreujących swój wygląd na nowoczesnego Jamesa Deana. I tego właśnie fenomenu nie potrafię zrozumieć. Je n’ai pas compris.


http://staredobreczasy-ws.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń