„Gdzieś już to czytałam...” - mruczę pod nosem podczas lektury „Rzeźnika drzew”. Zreflektowałam się po chwili - no tak, w końcu to Wielki Grafoman. Tyle, że po kilku książkach Pilipiuka nawet i ten fakt ciężko mi wziąć na poprawkę. Ale się czyta. Dlaczego?
Andrzej Pilipiuk – to nazwisko kojarzy mi się z czasami gimnazjum (a było to już kilka lat temu) – początkami chaotycznego poszukiwania ulubionego gatunku literackiego, czyli zajadanie Remarque'a fantastyką z Fabryki Słów. Dziś taki eklektyzm mógłby wywołać mdłości. Kiedyś – to było coś: Piekara czy Sapkowski przechodzili z rąk do rąk, a czytanie Pilipiuka właśnie i fantastyki w ogóle nobilitowało do bycia kimś. Ale kiedy buntownicze glany wysyła się na zasłużoną emeryturę, a gust literacki oscyluje wokół poważniejszych nazwisk przyszedł czas, by spojrzeć na twórczość pana Andrzeja chłodniejszym okiem. Czy twórca Jakuba Wędrowycza zjada własny ogon, czy to może ja wyrastam z takiej fantastyki? Oto podsumowanie mojej przygody z Andrzejem Pilipiukiem:
- Czerwona gorączka – pierwsze dzieło Pilipiuka, które wpadło mi w łapki. Kamień milowy. Ówczesna fascynacja dziejami totalitaryzmów sprawiła, iż czytałam te opowiadania z wypiekami na twarzy. To właśnie dzięki temu zbiorowi zrodziło się u mnie zamiłowanie do twórczości z zakresu historii alternatywnej. No i Fabryka Słów jako wydawca zdobyła sobie moje zaufanie, które trwa niezmiennie aż do dziś. Tylko z mniejszą intensywnością.
- 2586 kroków – przeczytana zaraz po Czerwonej gorączce, chociaż stanowi pierwszy tom cyklu. Często zdarza mi się ta gafa z wyrywaniem książek ze środka serii, lecz tym razem odetchnęłam z ulgą – wszystko trzyma się jednak z pozoru chronologicznej kupy. Motyw z tytułowymi krokami uważam za najbardziej oryginalny spośród wszystkich pilipiukowych wynalazków. Tylko nigdy nie mogę zapamiętać, ile ich było.
- Księżniczka – znów wyrwana z serii, tym razem – wyrwana z kontekstu. Przeczytana pro forma, „bo Pilipiuk”. Dobrze, że pojemnościowo skromna – nie pożarła mi wiele czasu. I do trylogii „Kuzynek” już więcej nie zajrzałam.
- Operacja Dzień Wskrzeszenia – gdybym przeczytała ją kilka lat wcześniej to z pewnością męczyłabym ją kilka razy, tak jak czytałam książki z serii Pana Samochodzika z wypiekami na twarzy. Jak wiadomo, sam Pilipiuk pod pseudonimem Tomasza Olszakowskiego wydał kilkanaście tomów kontynuacji przygód tego kultowego bohatera polskich przygodówek. Ta powieść, której fabuła opiera się na użyciu machiny czasu jest skierowana raczej do młodszego czytelnika, jednak o dziwo czytało mi się bardzo przyjemnie.
- Kroniki Jakuba Wędrowycza – czyli pierwsza książka zaliczona jako audiobook. Przetarła szlaki innym adaptacjom na moje słuchawki – Grzegorz Pawlak w roli lektora wypadł wyśmienicie. Chociaż zawsze uważałam się za czytelniczego ortodoksa (tylko tekst, tylko papier) to tytułowy bimbrownik i miejscowy wagabunda miał w wersji audio niepowtarzalny charakter. A może to tylko i wyłącznie dzięki samemu Pilipiukowi? Nie mniej jednak Kroniki obrosły prestiżem oraz legendą – i tego nie mogę tej książce odmówić.
- Ucieczka – pierwszy tom Norweskiego dziennika to tak samo, jak wspomniana „Operacja...” pozycja raczej dla młodszego czytelnika. Mamy tutaj łebskiego nastolatka o kocich oczach, KGB, Norwegię, czyli mieszankę typowo przygodową. Niestety, ten krótki tom nie oferuje moim zdaniem nic ponadto. Nie wciąga, nie absorbuje – nie sięgnę po więcej.
- Rzeźnik drzew – najbardziej nierówna antologia opowiadań Pilipiuka. Liczyłam na klimat „Czerwonej gorączki” - opuszczałam co trzecie opowiadanie. Tytułowe zaskakująco nudne, lecz historia o chińskich jajkach czy tajemnicach teatru głębokiego PRLu była ciekawa. Duże nadzieje – duże rozczarowanie.
- Wampir z M-3 – koncept wampirów w Polsce Ludowej z pewnością można uznać za udany pomysł. Motyw wampira dzięki pewnej pani z Ameryki (i nie jest tu mowa o Anne Rice) został odkurzony i przy okazji też przeinaczony, ale wszyscy doskonale wiemy o jaką postać oraz cykl chodzi. Historia Gosi wampirzycy jest nawet zabawna – widać, że rozrywkowe pisanie służy Pilipiukowi, bo chyba takie lekkie książki wychodzą mu najlepiej. Zagorzali przeciwnicy uładzonego wampirstwa o blasku diamentów będą zadowoleni. Reszta już trochę mniej.
Dorobek pisarski Andrzeja Pilipiuka zawiera również cykl „Oko jelenia”, steampunkowy „Aparatus” oraz niezliczoną ilość pojedynczych opowiadań rozsianych po antologiach i czasopismach. Produkcja wre, a pisarzowi wciąż przybywają nowi fani. Chociaż sama wierną czytelniczką już nie jestem, to na nazwisko Pilipiuk przypływać będą dobre wspomnienia. Wspomnienia o raczkowaniu w nowej polskiej fantastyce - tych dwóch tysięcy pięćset... ilu krokach?

Już nieraz planowałam zabrać się za "Wędrowycza", ale jak na razie bezskutecznie. ;) a szkoda. :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
To całkiem lekka i niezobowiązująca lektura. Szybko się czyta i można się uśmiać :)
Usuńrównież pozdrawiam i dziękuję za komentarz ;)