13 marca 2012

Co tu robi Harry Potter?, czyli „Kobieta w czerni”

Kobieta w czerni (The Woman in Black)
2012
moja ocena: 6/10
Tytuł tej recenzji jest w istocie bardzo krzywdzący, lecz raczej niewielu nie zadało sobie tego pytania, kiedy zobaczyli Daniela Radcliffe’a w roli innej niż kultowy już czarodziej z błyskawicą na czole. W szeroko pojętej opinii publicznej istnieje ta niezdrowa tendencja szufladkowania „aktorów jednego filmu” – piętnowania debiutantów etykietką jednej roli, zamykając nieszczęśnikom drzwi do kariery i odbierając możliwość pokazania swojego aktorskiego talentu. A przecież właśnie o to chodzi w aktorstwie – by móc umiejętnie wcielać się w różne postacie tasując w swojej karierze różnorodnymi rolami. Po zakończeniu serii o Harrym Potterze młody aktor stanął właśnie przed tym trudnym wyzwaniem i postawił krok naprzód. W horrorze „Kobieta w czerni” wcielił się w postać głównego bohatera – Arthura Kippsa biorąc tym samym na swoje barki niemały ciężar odpowiedzialności za film. Czy mu podołał?
Historia dzieje się w wiktoriańskiej scenerii Anglii początku XX wieku, kiedy to adwokat Kipps przybywa do wioski, by uregulować sprawy notarialne właścicielki Węgorzowych Moczar. Przyjeżdżając do wioski Arthur staje się świadkiem dziwnych i niewyjaśnionych zdarzeń związanych z miejscowymi dziećmi. Przybywając jednak do odizolowanej od społeczności posiadłości na Moczarach musi nie tylko uporządkować dokumenty ale również rozwikłać zagadkę tytułowej „Kobiety w czerni”. Spośród plusów tego filmu największy dotyczy specyficznego, wiktoriańskiego klimatu – subiektywnie mogę stwierdzić, iż scenografia oraz sama opuszczona rezydencja zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Widać jednak było, iż twórcom zależy na doścignięcie „Innych”, który stanowi – na to wygląda – ideał psychologicznego horroru, można by nawet powiedzieć – horroru minimalistycznego. Niestety, poza kilkoma oczywistymi momentami grozy typu tajemniczych trzaśnięć drzwi nie można się doszukać tego trzymającego w ciągłym napięciu suspensu. A szkoda. Sama historia również nie robi wielkiego wrażenia, nie pozostawia niedopowiedzonych wątków czy tajemnic. Nie mniej jednak ten film dobrze się ogląda, jeżeli uzna się go za czysty dramat, a nie horror.
A jak spisał się sam Radcliffe? Rolę Arthura Kippsa zagrał bardzo poprawnie – profesjonalizm tego młodego aktora jest godny uznania, gdyż zalicza się do grona tych niepretensjonalnych osobowości Złotego Ekranu, którzy mają więcej do zaoferowania, niż góra trzy grymasy i status bożyszcze nastolatek. Radcliffe wypadł bardzo przekonująco jako dorosły wdowiec samotnie wychowujący jedynego syna. Rolą w „Kobiecie w czerni” dał świadectwo dobrego kunsztu aktorskiego, dając widzom obietnicę dobrej kariery i jest to obietnica nie bez pokrycia. Sama była zaskoczona widząc go bez połamanych okularów na nosie oraz różdżki w ręku i było to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Polecam jednak przekonać się samemu i obejrzeć „Kobietę w czerni” z tym małym zastrzeżeniem, aby nie mieć zbyt wielkich nadziei odnośnie zawartości horroru w tym filmie. Fani grozy mogą poczuć się zawiedzeni, a fani wiktoriańskich klimatów (oraz i samego Daniela Radcliffe’a) – wręcz przeciwnie.   

0 komentarze:

Prześlij komentarz